Wstąpiłem do partii KORWiN

Szanowni Państwo! Zdecydowałem się przystąpić do partii KORWiN. Sprawa jest jasna: polska prawica zjednoczyła się wokół Konfederacji, a jej wolnościowym skrzydłem jest właśnie Partia KORWiN. Dlatego dla mnie jako wolnościowca to naturalny krok.

Wpłacam na akcję „Mur(al)em za Łupaszką!”

Polonofobiczni radni Białegostoku zhańbili swoje miasto likwidując ul. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, uzasadniając swoją decyzję kłamstwami powtarzanymi za komunistyczną propagandą. W takiej sytuacji warto wesprzeć inicjatywę, jaka się właśnie pojawiła, by pamięć o bohaterze antykomunistycznego podziemia uczcić w Białymstoku muralem. Ja właśnie wpłacam na kilka puszek farby, wpłaćcie i Wy!

https://zrzutka.pl/muralemzalupaszka

Mur(al)em za Łupaszką!

140 tysięcy dzieci zabitych, odkąd wyszedłem z kina. Recenzja filmu „Nieplanowane”

Tak już mam, że kino traktuję przede wszystkim jako rozrywkę. Wygodny dresik jest dla mnie preferowany nad strój wyjściowy (wiadomo, kino to nie teatr, więc o szczególnym szacunku dla aktorów myśleć nie trzeba), cola, popcorn – to standard, nawet gdy idę na co poważniejszy film. Idąc na „Nieplanowane” wiedziałem, że to nie będzie przyjemny film, raczej smutny i na drażliwy temat. Z kupna popcornu jednak nie zrezygnowałem, z przyzwyczajenia. Tyle że byłem w stanie go jeść tylko póki trwały reklamy i zwiastuny. Później, już nie przechodził przez gardło.

Zwiastun filmu „Nieplanowane”

Modlitwa nad beczką ze zwłokami

Jako trzydziestotrzyletni mężczyzna, w dodatku niewierzący, emocje pewnie powinienem umieć trzymać na wodzy. A jednak nie byłem w stanie powtrzymać łez oglądając chyba najbardziej przygnębiającą scenę tego filmu gdy młodzi chrześcijanie z ruchu pro-life stojąc pod płotem „kliniki” aborcyjnej prosili kierowcę ciężarówki odbierającej odpady medyczne, by pozwolił im się przez chwilę pomodlić nad beczkami w których znajdowały się zwłoki abortowanych dzieci. Dzieci nie tylko zamordowanych, ale odartych z godności osoby ludzkiej, przemielonych i przeznaczonych do utylizacji niczym zwłoki ofiar hitlerowskich obozów zagłady.

Kadr z filmu, cyt. za: https://www.christianpost.com/news/unplanned-birthed-faithful-prayer-40-days-for-life-founder.html

A jednak, mimo że pozytywni bohaterowie tego filmu to osoby wierzące, nie miałem wrażenia, by film starał się widza na siłę ewangelizować. Historia skupia się na dzieciach, którym przemysł aborcyjny odmawia człowieczeństwa i kobietach, którym propaganda aborcjonistów próbuje wmówić, że ich dziecko to „zlepek komórek”, który jeszcze nie jest człowiekiem. To może i jednak nowa perspektywa. Klientki „kliniki” to w większości przypadków (z wyjątkami, jak kobieta, która przychodzi zabić swoje dziecko w towarzystwie już narodzonej, kilkuletniej córki) osoby niedziałające w złej wierze, pełne wątpliwości, często poddawane presji ze strony bliskich by usunąć niechciany „problem”. I tak widzimy ojca przyprowadzającego córkę, by ta zabiła swoje dziecko. Dziewczyna waha się, widać że nie chce, ale dyrektor „kliniki” mówi jej, że to w porządku, że nic złego się nie stanie. Szybko dokonuje się płatność, po czym dziecko jest zabijane. Pojawiają się komplikacje, zagrażające życiu krwawienie młodej dziewczyny. Dyrekcja kliniki nakazuje jednak nie wzywać karetki, bo jej pojawienie się rozdrażniłoby ponoć protestujących pro-liferów przed wejściem. Po odratowaniu dziewczyny (ale oczywiście nie jej dziecka) wszyscy udają, że był to rutynowy zabieg.

Obozy zagłady Planned Parenthood

Ten film nie tylko przedstawia życie Abby Johnson – postaci autentycznej, która faktycznie była aborcyjną aktywistką, a później dyrektorem jednego z obozów zagłady (tzw. „kliniki aborcyjnej”), nieświadomej przez długi czas zła które czyni. Nie tylko przedstawia życie osoby, która współuczestniczyła w zamordowaniu 22 tysięcy dzieci kierując tą placówką, a sama zabiła dwoje własnych, zanim zrozumiała co czyni, przeszła wewnętrzną przemianę i żałowała swojej dotychczasowej „kariery”, aż wreszcie zaczęła bronić życia nienarodzonych. Film pokazuje jednocześnie proceder jakim kieruje się najbardziej zbrodnicza organizacja w dziejach Stanów Zjednoczonych, a może i świata. Planned Parenthood, korporacja (choć zarejestrowana jako NGO), której podstawowy biznes polega na zabijaniu dzieci nienarodzonych, korzysta z gigantycznego wsparcia przedsiębiorstw i lewicowych polityków, a także – za kadencji co bardziej lewicowych prezydentów – z funduszy publicznych, jednocześnie handlując śmiercią za pomocą agresywnego marketingu. W samym tylko zeszłym roku Planned Parenthood zamordowało ponad 330 tysięcy amerykańskich dzieci, czyli niewiele mniej niż liczy populacja miasta Honolulu na Hawajach. Jest to jednocześnie ponad połowa liczby ofiar całego amerykańskiego przemysłu aborcyjnego. W filmie słyszymy porównanie, czym dla Planned Parenthood jest zabijanie. Tak jak sieci fast food mają niskie marże na sprzedaży hamburgerów i wysokie na frytkach i napojach, tak „produktem” o niskiej marży jest dla nich antykoncepcja i edukacja seksualna, a tym o marży najwyższej, a więc najbardziej dochodowej – aborcja.

Główna strona organizacji Planned Parenthood i wyszukiwarka aborcyjnych obozów zagłady w USA

Kulisy zbrodni

„Nieplanowane” obnaża kulisy kilku metod aborcyjnych zbrodni. Główna bohaterka jedno ze swoich dzieci zabiła chirurgicznie, drugie farmakologicznie (z użyciem pigułki RU-486, co skończyło się u niej poważnymi powikłaniami). Obserwacja zabójstwa dziecka dokonanego u innej „pacjentki” metodą odsysania jest jednak dla niej szokiem. W filmie opowiedziane są też, choć bez tak realistycznych szczegółów jakie znamy z dokumentu „Niemy krzyk” czy wizualizacji, najbardziej brutalna, chiruriczna aborcja dziecka, którego ciało jest rozrywane i wyciągane po kawałku i wreszcie aborcja późna, polegająca na uśmierceniu niemal zdolnego do samodzielnego życia dziecka i wywołaniu porodu już zabitego.

„Nieplanowane” to film niełatwy, ale przemawiający do wyobraźni. Obnaża kłamstwa propagatorów aborcyjnego przemysłu, manipulacje, fakenewsy przedstawiane jako wiedzę objawioną. Życie ludzkie pokazywane jest takim, jakim jest, ale wizja ta kontrastuje z zaklęciami aborcjonistów mającymi na celu zagłuszyć sumienie. A zaklęcia te słyszymy nawet w Polsce, gdzie aborcje są relatywnie rzadkie, co dopiero powiedzieć o USA, gdzie ginie ponad 600 tysięcy dzieci rocznie.

Propaganda aborcjonistów jest wszechobecna tak jak wszechobecna była antysemicka propaganda nazistów w III Rzeszy czy antykapitalistyczna we wszystkich państwach komunistycznych. Lewicowe media pozujące na „naukowe” i „oświecone” przekonują przecież że „aborcja jest OK” i że to „bezpieczna procedura medyczna”, płód to „zlepek komórek”, rozrywane na kawałki dziecko „nic nie czuje” i w ogóle „nie jest jeszcze dzieckiem”. Gdy takie tezy ze strony lewicowego mainstreamu słyszymy na co dzień, wielu z nas przyjmuje je bezrefleksyjnie. Też gdy byłem młodszy, powagi zbrodni aborcji nie czułem. Do dziś mi się wypomina wywiad sprzed kilku lat dla jednego z prawicowych dziennikarzy, gdzie na pytanie o dopuszczalność aborcji odpowiedziałem niejednoznacznie, a i jeszcze parę lat później daleki byłem od stanowczego potępienia agresywnych feministek z Czarnych Protestów. Dopiero bliższe przyjrzenie się sprawie, krytyczna analiza „argumentów” aborcjonistów pozwoliły mi się opowiedzieć jednoznacznie po stronie pro-life. A przecież nie każdy ma czas i ochotę szczegółowo ten temat analizować.

Misja filmu

I tu właśnie jest potencjalnie ta największa rola tego filmu. Porusza – i ma poruszać – tym, że mówi prawdę. O życiu człowieka, o bezbronności ofiar aborcji ale i o tym, jak przemysł aborcyjny manipuluje matkami dla zysku kosztem życia ludzkiego (nie jest to więc zysk wolnorynkowy, którego jako wolnościowiec powinienem bronić), a postkultura i lewicowa ideologia – dla wygody. Popularność tego filmu ma szanse poruszyć sumieniami opinii publicznej, polityków, ale i matek, którym mogłoby przyjść kiedyś do głowy zabić swoje dziecko nie zdając sobie sprawy, że właśnie o zabójstwie tu mówimy. A popularność jest, co daje dużą nadzieję, duża. W kinie, do którego chciałem iść na warszawskim Gocławiu, wszystkie bilety były wyprzedane – najbliższe wolne miejsca znalazłem na Sadybie. Bilety z żoną kupiliśmy, choć i tam sala była praktycznie pełna. I choć zupełnym przypadkiem w fotelu obok mnie okazał się siedzieć znany dziennikarz jednego z prawicowych tygodników, mam nadzieję, że w gronie widzów przy tej ich liczbie byli i będą nie tylko już przekonani, ale także ci, których sumienia ten film dopiero poruszy.

Skrajna aborcjonistyczna lewica swoim zachowaniem pokazuje, że tak może się stać. Ataki ze strony Gazety Wyborczej i dodatku „Wysokie Obcasy” (to ten sam tytuł, w którym wcześniej lansowano hasło „aborcja jest OK”), gdzie autorzy na siłę próbują znaleźć „manipulacje” filmu (w rzeczywistości sami się ich dopuszczając), wreszcie stwierdzenia „oglądaliśmy, byście wy nie musieli” pokazują, że totalitarna lewica po prostu boi się tego filmu. I faktu, że ludzie mogą zrozumieć, że aborcja to morderstwo. Wyjątkowy już prymitywizm „satyrycznej” (cudzysłów, bo to satyra na poziomie poniżej Klaudii Jachiry) stronki AszDziennik (należącej do opiniotwórczego na lewicy NaTemat) żartującego „czy lepszy horror to „Nieplanowane” czy może „Dziecko Rosemary””) pozostawmy bez komentarza.

Ataki skrajnie lewicowego dodatku do Gazety Wyborczej p.t. „Wysokie Obcasy”

Obrzydliwe żarty portalu satyrycznego najniższych lotów

Od wyjścia z kina do napisania tej recenzji minęła już ponad doba. A cały czas myślę o tym filmie. Nie tylko o historii Abby Johnson, ale o problemie, którego dotyka. Liczę w myślach ile dzieci zamordowano na całym świecie tylko od tego czasu. Przy ponad 50 milionach aborcji rocznie daje to już jakieś 140 tysięcy. To tak jakby dziś bomba atomowa spadła na Zieloną Górę. A dzień wcześniej na Rybnik, dzień później na Rudę Śląską albo Bytom. I tak codziennie. I czy można coś zrobić, by powstrzymać tę rzeź? Rzeź, której liczba ofiar przekracza łączną liczbę zabitych przez komunizm i nazizm razem wzięte w mniej jak 3 lata? Nawet gdy piszę tę recenzję, w tym czasie gdzieś na świecie zamordowano kilka, kilkanaście tysięcy kolejnych dzieci. Ich matki też słyszały (i były święcie przekonane), że to nic takiego. A przecież to nie liczby, nie statystyki. To ludzie.

Do czego skłoni mnie ten film? Z pewnością do większego zaangażowania w ruchy obrony życia. W końcu dla mnie, libertarianina, granicę wolności jednostki wyznacza zasada nieagresji, którą to zasadę morderstwo niewinnych dzieci łamie w najbrutalniejszy możliwy sposób. Ale mam nadzieję, że przemówi też do polityków na całym świecie. Koniec przyzwolenia na morderstwa to priorytet numer jeden. Może nasz polski Trybunał Konstytucyjny przestanie chować głowę w piasek wobec aborcji eugenicznej. Może w Stanach Zjednoczonych Sąd Najwyższy uchyli Roe v. Wade. Chiny, w których aborcjoniści zabili więcej ludzi niż Mao – czy tam też jest nadzieja? Może na forum ONZ pomysły, by aborcję uznawać za „prawo człowieka” przestaną być traktowane jak akceptowalna propozycja, a zaczną, tak jak należy, za zbrodnię przeciw ludzkości? Jeden film tego nie zmieni, ale kropla drąży skałę.

„Nieplanowane” to jednak nie jest historia beznadziejna. Przeciwnie, film pomimo przedstawienia najbardziej odrażającej zbrodni z jaką zmaga się ludzkość daje też pozytywne przesłanie. Pokazuje sens działania środowisk pro-life. Wyzywani przez wojujące feministki obrońcy życia nie są tylko krzykaczami, których głos nic nie znaczy. Każda historia uratowanego przed aborcją dziecka tylko dzięki temu, że ktoś stał pod płotem aborcyjnego obozu śmierci i w ostatniej chwili przekonał albo przebłagał matkę, która przyjechała do „kliniki” zabić swoje dziecko, by jednak życie dziecka zdecydowała się ocalić – a może po prostu wymodlił właśnie pod tym płotem – to historia prawdziwego bohaterstwa. I te właśnie historie odnajdziemy nie tylko w tym filmie – odnajdujemy je codziennie na całym świecie wszędzie tam, gdzie proceder aborcyjny trwa.

Idźcie na ten film. Przygotujcie się na oglądanie w milczeniu. Bez popcornu.

Głąbka czy pani głąb?

„Gościnia” z Razem poprawiła się, że jednak była „gością”. Nazywane posłami panie wybrane z list Lewicy być nie chcą. Wolą posłankami – co w mowie potocznej nawet się przyjęło, ale funkcja oficjalna tak się nie nazywa. Czy więc zrezygnują z mandatu posła? Ale gwałty na języku polskim dokonywane są przez feministki coraz brutalniej. O ile oczywiście niektóre z tych żeńskich odpowiedników weszły do języka polskiego, inne zaś mają szanse wejść w jakiejś nieokreślonej przyszłości, o tyle postępy postępu w feministycznej nowomowie coraz częściej wywołują tylko zażenowanie.

Lewicowa polityk jako „gościnia”…

Tytuły urzędowe są świetnymi przykładami sztuczności takich tworów. Określenie „minister” czy „premier” dotyczy oczywiście zarówno mężczyzny jak i kobiety, ale niektórym te zaszczytne funkcje wydają się zaszczytne trochę za mało. I tu zaczyna się problem. „Ministra” albo „premiera” – tak, te słowa istnieją. Jako dopełniacz. No, „premiera” w mianowniku też ujdzie, ale nie w rządzie, a w teatrze albo kinie. Może więc „ministerka” czy „premierka”? Już samo brzmienie tych słów wskazuje raczej na „urzędy”, które moglibyśmy tworzyć na niby, gdyby lekcje WOSu odbywały się w przedszkolu. W gimnazjum czy liceum do nastolatek tak zwracać się nie wypada.

… a później nawet jako „gościa”. Źródło obu screenów: https://twitter.com/MagdaBiejat

O ile „ministry” i „ministerki” brzmią po prostu niepoważnie, problem zaczyna się tam, gdzie feministkom psikusa sprawia fonetyka. Już parę miesięcy temu cała Polska śmiała się feministycznego dodatku do i tak lewicowej Gazety Wyborczej p.t. „Wysokie obcasy”, który to dodatek w jakimś plebiscycie podpisywał nominowane jako „filolożki” i „chirurżki”. Ostatnie dni natomiast przyniosły nawet ciekawsze twory. Miałem okazję przeczytać o „architektkce”. Czy osoba, której przyszło na myśl stworzyć to słowo i się tak podpisać zadała sobie trud, by wypowiedzieć swoje dzieło na głos?

Czego feministki próbujące narzucić za wszelką cenę nieistniejące słowa z żeńskimi końcówkami nie wiedzą o języku polskim? Rzeczownik w języku polskim, w odróżnieniu od np. przymiotnika, nie odmienia się przez rodzaje, tylko rodzaj ma. Odmienia się przez przypadki i liczby. Oczywiście, istnieją rzeczowniki występujące zarówno w rodzaju męskim jak i żeńskim, często związane właśnie z zawodami czy funkcjami. Nie oznacza to natomiast, że każdy rzeczownik oznaczający zawód możemy „odmienić” przez rodzaj. W jakich wypadkach istnieją, determinowane było kulturowo. Nauczyciel i nauczycielka istnieją w języku polskim, może dlatego, że historycznie zarówno kobiety jak i mężczyźni wykonywali ten zawód. Brak jednak formy żeńskiej (czy niekiedy też męskiej) nie oznacza jednakże, iż odpowiednio kobieta czy mężczyzna nie może takiego zawodu wykonywać. Oznacza jedynie, że takie słowo nie wykształciło się w języku – i żadna inżynieria językowa nie jest konieczna, by zapewnić pełną równość praw dostępu do danego zawodu czy funkcji.

Język jest oczywiście żywy i możliwe, że nieistniejące dziś formy żeńskie (albo męskie) w przyszłości zaczną być używane. Albo przestaną – to akurat odpowiedź na przywoływany często przez lewicę argument, jak to w czasach przedwojennych liczniejsze formy żeńskie występowały. Zdecyduje jednak o tym przydatność językowa takich form i powszechne użycie, a nie narzucana i sztucznie promowana ideologia feministyczna. Zresztą, czy w imię równouprawnienia płci, chyba przez nikogo dziś niekwestionowanego, warto skupiać się właśnie na podkreślaniu przez język różnic między płciami? Czy „architektka” ma być lepsza w swoim fachu albo gorsza od architekta, a „gościę” winno się lepiej ugościć niż gościa?

PS. Swój skromny wkład w to dyskutowane w ostatnim czasie słowotwórstwo mam. Jak w każdym małżeństwie, wiadomo, zdarzało mi się posprzeczać z żoną. „Ty głąbie” usłyszałem. „Co, głąbko?” zapytałem. Tyle że my tak dla jaj – w końcu się kochamy.

Złodzieje mieszkań

Skrajnie lewicowa Gazeta Wyborcza w kilku artykułach w swoim poznańskim dodatku w haniebny sposób opluwa właściciela mieszkania, który padł ofiarą kradzieży polegającej na zajmowaniu jego własności przez dziką lokatorkę. Socjalistyczny brukowiec jednocześnie broni sprawczyni tej kradzieży, a nawet… bandytów z tzw. „ruchów lokatorskich”, którzy po przejęciu mieszkania przez prawowitego właściciela się do niego włamali.

Fragment jednego z hejterskich artykułów z poznańskich stron Gazety Wyborczej

Gazeta Wyborcza w tekstach żenujących, wywołujących etyczne zgorszenie, godzących w poczucie sprawiedliwości i przyzwoitości przoduje od dawna. Właściwie nad ich marksistowską propagandą i hejtem nie byłoby powodu się rozwodzić. Ale problem jest jednak poważny. W sprawie własności mieszkań mamy bowiem w polskich przepisach  (celowo nie używam określenia: „w prawie”, o czym za moment) kuriozalne rozwiązania, które państwowy aparat przymusu angażują nie po stronie pokrzywdzonych, a po stronie oprawców. Ochrona prawa własności jest po prostu niedostateczna, zaś ideologiczny konstrukt tzw. „praw lokatorskich” godzi w rzeczywiste naturalne uprawnienia właścicieli.

Fragment innego tekstu z poznańskich stron Gazety Wyborczej, gdzie marksistowska gazeta celowo myli ofiarę ze sprawcą

A właśnie prawo własności jest tym, co państwo i prawo stanowione winno chronić w sposób szczególny. Prawo własności jest źródłem jakichkolwiek innych praw człowieka. By temu przysługiwały jakiekolwiek prawo, musi być właścicielem siebie samego (prawo samoposiadania). Samoposiadanie jest gwarancją zarówno prawa do życia, jak i do zachowania wytworów swojej pracy. Prawo własności nie jest więc jedynie wytworem prawa stanowionego (czyli tego, co popularnie nazywamy prawem, rozmaitych aktów legislacyjnych), ale przede wszystkim kategorią prawa naturalnego, o fundamentalnym znaczeniu. Nie ma tu znaczenia czy prawo naturalne wywodzimy z – zgodnie z randowskim rozumieniem – rzeczywistości taką jaka jest, czy też ze źródeł nadprzyrodzonych, ma ono pierwszeństwo nad prawem stanowionym. To ostatnie ma za zadanie odkrywać czy też implementować prawo naturalne, nie zaś je zastępować. Prawo stanowione godzące w podstawowe zasady prawa naturalnego trudno więc nazywać prawem bez żadnego przymiotnika – i tu odpowiedź dlaczego nie używam określenia „w polskim prawie” przy opisie niegodziwych przepisów godzących w prawo własności.

Wracając do tematu mieszkań… Dzisiejsze „prawo stanowione” w ogóle nie broni prawa właściciela przed nieuczciwym najemcą, a podnosi w to miejsce właśnie urojone „prawa lokatorów”, którzy nie wywiązują się z umowy. Eksmisja złodzieja, który nie płaci czynszu, niszczy mieszkanie czy w jakikolwiek inny sposób narusza warunki kontraktu, jest trudna, a czasem wręcz niemożliwa. Co więcej, państwo staje po stronie bandytów kryminalizując w takich sytuacjach wcale nie kradzież, a… wejście właściciela do swojego własnego mieszkania, okupowanego przez dzikiego lokatora, a nawet odcięcie złodziejowi mediów, otwarcie okien, wymianę zamków przeprowadzenie wbrew złodziejowi remontów czy usunięcie z mieszkania rzeczy należących do złodzieja.

Paranoja? Tak. Dlatego „praw” lokatorów nie należy mylić z prawem (które to pojęcie zakłada choćby domniemanie niesprzeczności z prawem naturalnym, a tu tego domniemania mieć nie można). Nie chcę się tu rozwodzić nad praktycznymi konsekwencjami tejże sytuacji: niechęć ludzi do wynajmowania mieszkań (a przynajmniej wynajmowania „legalnego”, czyli takiego o którym państwo wie i pobiera podatki), brak inwestycji w mieszkania na wynajem i wysokie czynsze na tym sztucznie ograniczonym rynku. Zabawne zresztą, że polscy komuniści winę za wysokie czynsze zrzucają właśnie na… rynek, zapominając o prowadzących do nich regulacjach! Nie chcę, bo konsekwencje praktyczne są jednak wtórne wobec etycznych. A etycznie sytuacja, w której państwo, w imię lewackiej, idiotycznej maksymy „mieszkanie prawem, nie towarem”, broni złodzieja i pastwi się nad ofiarą, jest nie do zaakceptowania.

Reprezentacja wolnościowa w nowym Sejmie jest niewielka. Ale likwidacja niemoralnej ustawy o ochronie lokatorów powinna być jedną z pierwszych spraw, za którą wolnościowi posłowie powinni lobbować. Ochrona prawa własności prywatnej jest bowiem fundamentem ładu społecznego i najbardziej naturalnym z praw człowieka.

Konfederacja w Sejmie – i co dalej?

Udało się! Konfederacja w Sejmie! Radość 13 października wieczorem była jeszcze podszyta niepewnością – w końcu pamiętamy do dziś podejrzane tąpnięcie wyników Konfederacji w majowych eurowyborach gdy exit polls pokazywały ponad 6%, a oficjalne wyniki ledwie 4,5%. Dzień później jednak wszystko stało się jasne – 11 posłów udało się Konfederacji wprowadzić, a w następnych dniach ogłoszono powstanie koła poselskiego.

To sukces nie do przecenienia. Koncepcja zjednoczenia ideowej prawicy – wolnościowców i narodowców okazała się właściwym rozwiązaniem. Mimo ataków ze strony zarówno PiS i pisowskich mediów – które w prawicy widzi głównego wroga z powodów strategicznych, jak i ze strony lewicowo-platformerskiej opozycji, która wszelką prawicę próbuje uznać za „faszystów” i otaczać ich „kordonem sanitarnym” wynik 6,8% został osiągnięty. To dobry wynik.

Posłowie wolnościowi…

Spośród 11 posłów 5 związanych jest ze środowiskiem wolnościowym i to ich obecność w Sejmie cieszy mnie, wolnościowca, najbardziej:

  • Janusz Korwin-Mikke – nestor ruchu wolnościowego w Polsce, którego może wielu krytykować za wyraziste wypowiedzi, ale bez którego ani tego ruchu, ani Konfederacji po prostu w Polsce nie było. To właśnie Janusz Korwin-Mikke wprowadził na polski „rynek” idei i amerykańską myśl libertariańską, i liberalną szkołę chicagowską, i wreszcie austriacką szkołę ekonomii. Wszystkich, którzy chcieli budować silną ideową libertariańską partię w Polsce bez JKM czy wręcz w kontrze do JKM warto odesłać do takich projektów, które już były. Nie miały większych sukcesów. Korwin-Mikkemu te sukcesy zajęły sporo czasu, ale jednak były. Posłem zostaje po raz drugi, po długiej rzecz jasna przerwie, w międzyczasie wprowadził też siebie i innych przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku. Ale nie te sukcesiki świadczą o randze JKM jako polityka. Świadczy wolnościowa konsekwencja, jednoznaczne odrzucenie politycznej poprawności. Oraz – wbrew głupawym memom jakie krążą po internecie – wybitna inteligencja. Miałem przyjemność z Korwin-Mikkem rozmawiać kilkukrotnie w ostatnim roku. Przenikliwość, krytyczna analiza, umysł wolny od lewicowych szablonów właśnie tejże politycznej poprawności czynią go może politykiem mniej atrakcyjnym od znanych z innych partii produktów marketingu politycznego i zupełnie niestrawnym dla mainsteamu, ale też kimś o kilka klas wyżej od któregokolwiek z liderów innych opcji politycznych jeśli chodzi o wartości i idee oraz o sens tego, co głosi. Nie głosowałem na Korwin-Mikkego, a na młodą kandydatkę z tej samej listy, również z partii Korwin, ale na ten komfort mogłem sobie pozwolić właśnie dlatego, że głos na kogokolwiek z warszawskiej listy Konfederacji de facto pracował na mandat JKM. I cieszę się, że ten mandat JKM uzyskał.
  • Jakub Kulesza – najlepszy i najbardziej wolnościowy poseł mijającej kadencji. Jednocześnie, co pewnie nie jest wielką tajemnicą, jeden z głównych architektów powstania Konfederacji jako właśnie zjednoczenia wolnościowców i narodowców pod jednym szyldem, a więc w ten sposób jeden z autorów tego właśnie sukcesu. Na dodatek – co wcale nie jest (a powinno!) być oczywiste wśród libertarian – oddany sprawie pro-life. Jak dla mnie kandydat na przyszłego lidera środowiska polskich wolnościowców. Konfederacja oddając mu przewodniczenie kołu poselskiemu najpewniej również dostrzega w nim ten potencjał.
  • Dobromir Sośnierz – były europoseł, który jak nikt (nawet nie Korwin!) obnażał absurdy eurosocjalizmu ukazując to co w UE po prostu nie działa albo działa koślawo. Ta misja wobec polskiego socjalizmu może być niestety jeszcze bardziej wymagająca. Ale zapewne podejmie wyzwanie. W ostatnich dniach wściekle atakowany przez pisowskich socjalistów za propozycję likwidacji korupcyjnego programu 500+ kosztującego polskich podatników 40 miliardy złotych rocznie. Oczywiście ta krytyka ze strony socjalistów powinna być dla wolnościowego polityka powodem do dumy.
  • Artur Dziambor i Konrad Berkowicz – właściwie przedstawiać nie trzeba, bo to dwie osoby, które od lat pracowały na rzecz środowiska wolnościowego.

Pewien niedosyt co do wyniku oczywiście jest. Najbardziej szkoda dwóch osób, które do Sejmu się nie dostały. Po pierwsze: Sławomira Mentzena – pracowitego i merytorycznego, który jak mało kto potrafi „sprzedać” idee wolnościowe. 100 ustaw Mentzena (a właściwie to 104, bo tyle projektów znajduje się na jego stronie), od spraw wielkich po punktowe zmiany to ogrom pracy, co ważne bardzo dobrej merytorycznie. Po drugie: Jacka Wilka – jednego z dwóch wolnościowców z kończącej się kadencji. Pierwszy startował z okręgu 13-mandatowego (Toruń), w którym naprawdę niewiele zabrakło. Drugi miał trochę ciężej: 12-mandatowy okręg (Opole) i do tego konkurencja w postaci niegdyś „antysystemowego” Pawła Kukiza z listy PSL, więc i stratę do biorącego miejsca miał nieco większą. Warto jednak, by środowisko wolnościowe nadal korzystało z potencjału obydwu polityków. I innych, którzy byli blisko mandatu – a takich było więcej.

… konserwatywni i narodowi

Oprócz wolnościowców do sejmu dostali się też narodowcy oraz – wykraczający poza ten podział Grzegorz Braun. Zacznijmy od tego ostatniego. Wydawałoby się, że to człowiek „z zupełnie innej bajki” niż moja. A jednak nie do końca. Tradycjonalista, gorliwy katolik, ale jednocześnie ultrawolnościowiec w sferze gospodarczej. Niezwykle utalentowany mówca. Poza jednak publicznymi przemowami miałem kilka okazji rozmawiać z nim osobiście. Nie sposób nie zgodzić się z jego poglądem, jaki mi przedstawiał, że głównym narzędziem ofensywy marksizmu jest opodatkowanie i dlatego tak kluczowe jest przeciwstawienie się fiskalizmowi. Problemów z lewicową propagandą pod pozorem kultury i sztuki szuka – trafnie! – w jej publicznym finansowaniu. Rozwiązanie problemu sygnalizował zresztą prezentując sensowny postulat Konfederacji dotyczący „bonu kulturalnego”. Skłamałbym, gdybym powiedział, że zgadzam się z Grzegorzem Braunem we wszystkim, ale mimo różnic jest mi to postać bliższa niż z pozoru mogłoby się wydawać. Wielu czeka – i pewnie się doczeka – na „Szczęść Boże” z trybuny sejmowej. Ja – w końcu niewierzący – czekam natomiast – i najprawdopodobniej też się doczekam – na bezkompromisową postawę walki z wszelkimi formami marksizmu – zarówno tego kulturowego, jak i w wersji „plain vanilla”.

Zobacz także: wywiad dla Centrum Edukacyjnego Powiśle, w którym mówię o pozytywnej ewolucji Ruchu Narodowego w kierunku wolnego rynku oraz o poglądach Grzegorza Brauna

Narodowcy wprowadzili pięcioro posłów. Są nimi dobrze znani Krzysztof Bosak, Robert Winnicki, ale i pewnie mniej rozpoznawalni: Krzysztof Tuduj, Krystian Kamiński, Michał Urbaniak. Środowisko narodowe wydawało się początkowo bardzo odległe od idei wolnościowych, jednak okazuje się, że symbioza między narodowcami a wolnościowcami naprawdę zaistniała. Cieszy jednak jeszcze co innego. W poglądach narodowców widać wyraźną ewolucję ku ideom wolnościowym i wolnorynkowym. O ile kwestie wolności wspólnot naturalnych – jak w szczególności ochrona praw rodziny przed ingerencją państwa i lewicową ideologią – nie są w tym środowisku niczym nowym, to już podkreślenie wagi mechanizmów rynkowych, przedsiębiorczości czy walka z fiskalizmem do retoryki narodowców wkroczyły stosunkowo niedawno. I się wyraźnie przebiły. Jako wolnościowiec, któremu przecież znacznie bliżej do Korwina niż Ruchu Narodowego, z ogromną radością słuchałem wystąpień Roberta Winnickiego czy Krzysztofa Bosaka na konwencjach i debatach przed ostatnimi wyborami – w których to wystąpieniach poświęcali tej tematyce wiele uwagi. Jeśli więc oprócz tej symbiozy elektoratów mamy w ramach Konfederacji do czynienia z autentyczną syntezą idei wolnościowych i patriotycznych to jest to osiągnięcie o wiele większe niż samo tylko przekroczenie wyborczego progu.

Program i priorytety

I właśnie kwestie programu i przekazu pomogły w sukcesie najbardziej. Przekaz z kampanii parlamentarnej był o wiele lepszy niż w europejskiej. Zamiast nierzadko przejaskrawionej retoryki tożsamościowo-światopoglądowej – merytoryczny, jasny i dobrze ukierunkowany program. W kampanii europejskiej zbyt wiele uwagi poświęcono odmienianej przez wszystkie przypadki ale jednak mało interesującej dla przeciętnego wyborcy sprawie LGBT, a sprawę ustawy 447 medialnie przegrzano. Ta ostatnia merytorycznie jest niesłychanie istotna, natomiast znaczna część retoryki dawała skrajnej lewicy pretekst do sprowadzania jej do rzekomego „antysemityzmu” (tylko pretekst, bo nie słyszałem choćby jednej antysemickiej wypowiedzi choć jednego polityka Konfederacji, ale nadmiernie ostry przekaz w drażliwej kwestii jest pewnego rodzaju wystawianiem się na atak), a przez to bagatelizowania zarówno problemu nieuzasadnionych roszczeń, jak i bagatelizowania Konfederacji. Przekaz w kampanii parlamentarnej był już o wiele trafniejszy.

Konwencja programowa Konfederacji

Gdy sam myślałem o tym, co powinno być najważniejsze dla mnie i dla sił wolnościowej prawicy, wyszła mi z tego, nazwijmy to z przymrużeniem oka, „trójka Bartyzela”, obejmująca: 1) radykalną obniżkę opodatkowania; 2) realną ochronę życia (to NIE JEST temat światopoglądowy, a realizacja fundamentalnej dla wolnościowców zasady nieagresji!) 3) suwerenną politykę zagraniczną. I przedstawiony na konwencji Konfederacji program (znany jako „piątka Konfederacji) w całości ową „trójkę” obejmował. Priorytetowa kwestia podatków została bardzo mocno wyeksponowana, z likwidacją najbardziej złodziejskiego podatku, czyli PIT oraz nośnym a słusznym hasłem „benzyna za 3 złote” (do czego doprowadziłaby likwidacja czy znaczna obniżka podatków wchodzących w skład ceny paliw). Sprawy ochrony życia pozostają dla Konfederacji priorytetem (mimo niezrozumiałego odejścia Kai Godek) a suwerenna polityka zagraniczna stawiająca polski interes jako kryterium tejże polityki to coś co dziwi, że dla innych partii nie jest oczywiste. PiS realizuje politykę promującą interesy amerykańskie, PO – niemieckie. Ale czy nie dziwi ich, że przecież Donald Trump czy Angela Merkel myślą przede wszystkim o interesach swoich krajów? Więc hasło by ukierunkować politykę polską na własny interes nie jest żadnym radykalizmem czy nacjonalizmem, a dążeniem do tego co kraje liczące się w świecie i tak przecież robią i to niezależnie od tego, czy rządzą tam demokraci czy republikanie, chadecy czy socjaldemokraci! Czemu więc Polska ma być inna? Konfederacja to rozumie, POPiS nie. W bonusie do „trójki Bartyzela” w programie Konfederacji dostałem jeszcze ważne dla wolnościowców postulaty bonu edukacyjnego i wyżej wspomnianego bonu kulturalnego oraz rozsądne propozycje reformy sądownictwa i prokuratury. Te ostatnie wykraczają poza arenę rozgrywki między PO a PiS z ostatnich lat. PiS miał przecież rację, że sądownictwo wymaga reformy, tyle że zamiast je zreformować – upartyjnił je. PO zaś krzyczy o „konstytucji”, „demokracji”, ale propozycji innych niż frazesy nie ma żadnych – ewentualnie tyle by upartyjniać je miała inna partia – czyli PO właśnie. Na tym tle Konfederacja wyróżniła się mocno in plus.

Zobacz także: spot Konfederacji prezentujący główne założenia programowe

Jedność prawicy wolnościowej

Poparcia Konfederacji udzieliłem po ostatecznym fiasku projektu Federacji dla Rzeczypospolitej. Fiasku, które wcale nie było nieuchronne. Federacja dla Rzeczypospolitej była projektem zjednoczenia wolnościowej prawicy. Zjednoczenie to dokonało się, ale właśnie w Konfedracji. Federacja, łącząca idee wolnościowe z narodowo-konserwatywnymi – których kwintesencją był redagowany przeze mnie i Artura Zawiszę program „Patriotyzm i Wolność”, idealnie wpisywała się w projekt Konfederacji. Nie sposób dziś bronić indywidualnie podjętej przez Marka Jakubiaka decyzji o wystąpieniu z Konfederacji z czysto ambicjonalnych powodów. Ambicjonalnych, bo zjednoczenie wolnościowej prawicy okazało się projektem szerszym niż firmowane wyłącznie jego nazwiskiem. A sam Marek Jakubiak stracił na tym najwięcej. Gdyby nie ta decyzja to on byłby dziś wybranym z Warszawy posłem nowej kadencji, a kilku innych federatów też zapewne miałoby szanse wejścia do sejmu. Stało się jednak jak się stało, a wsparcie Konfederacji gdy jako jedyna siła polityczna była w stanie się zmierzyć z socjalistyczną „bandą czworga” uznać należało za wymóg tak racji stanu jak i najbardziej racjonalny wybór ideowy dla wolnościowca.

Zobacz także: debata z 24 listopada 2018 z Konferencji Prawicy Wolnościowej, w której wraz z Markiem Jakubiakiem, Krzysztofem Bosakiem, Dobromirem Sośnierzem i Tomaszem Sommerem rozmawialiśmy o perspektywach zjednoczenia środowisk ideowej prawicy

Konfederacja natomiast nie powinna być projektem zamkniętym, co najpewniej liderzy Konfederacji doskonale rozumieją. Oprócz Partii Korwin, Ruchu Narodowego już teraz w projekcie uczestniczą inne organizacje (oprócz Konfederacji Korony Polskiej jest też wiele innych organizacji, w tym Partia Kierowców, Zjednoczenie Chrześcijańskich Rodzin i inne). Jest tu pole do dalszej konsolidacji środowisk prawicowych. Nadal bowiem nie wszyscy o poglądach wolnościowych utożsamiają się z partią Korwin, a ci o poglądach narodowych z Ruchem Narodowym; także środowisko konserwatywne nie zamyka się w żadnej z istniejących organizacji. Jest więc z jednej strony przestrzeń na nowe projekty, organizacje, z drugiej zaś na współpracę nowych podmiotów właśnie z Konfederacją. Pozbawione sensu byłoby natomiast tworzenie inicjatyw stojących do Konfederacji w opozycji – nie należy bowiem roztrwonić sukcesu zjednoczenia wolnościowej prawicy. Co innego zapewnienie pewnej symbiotycznej różnorodności wspólnie walczącej o pewien wspólny system wartości w kontrze do „bandy czworga”.

Zobacz także: wywiad we wRealu24 po odejściu z Federacji dla Rzeczypospolitej

Co nas czeka

Udająca prawicową socjalistyczna partia Prawo i Sprawiedliwość niby te wybory wygrała, ale tak nie do końca. Będzie im trudniej rządzić, jeszcze trudniejsze będzie forsowanie ustaw w ciągu kilku godzin. Samo w sobie to nie jest jakimś wielkim powodem do radości gdy patrzymy na alternatywy: lewicowa Koalicja Obywatelska i komunistyczna Lewica. Większość dla opozycji w Senacie opóźni jednak proces legislacyjny, co trochę odbierze PiSowi pewnej samowoli (PiS to wie, skąd desperackie próby „protestów wyborczych” na rzecz ponownego przeliczania głosów w wybranych senackich okręgach). To dobra wiadomość gdy PiS będzie chciał po raz kolejny podwyższać podatki i rozdawać cudze pieniądze (o ile lewica mu w tym akurat nie będzie chciała pomóc), gorsza gdyby jednak chciał przeforsować jakieś dobre zmiany, które lewicy nie w smak. Co gdyby PiS dojrzał jednak do projektu wzmocnienia prawnej ochrony życia czy ustaw broniących polskiego interesu na arenie międzynarodowej? Tu większość lewicowej opozycji będzie już całkiem szkodliwa.

Martwi oczywiście samodzielna większość PiS w Sejmie. Gdyby tej większości PiS nie uzyskał, być może Konfederacji udałoby się przeforsować kilka ważniejszych projektów. Likwidacja PIT w zamian za jakąś dla prawicy trzeciorzędną, a dla PiS ważną sprawę? Czemu nie.

Ale sytuacja w tym sejmie i tej kadencji będzie dynamiczna. Wiatru w żagle nabrały pisowskie przystawki. Solidarna Polska i Porozumienie Jarosława Gowina mają po 18 posłów, a politycy obu partii dają właśnie do zrozumienia na Twitterze, że się nie lubią. Ich relacje z PiS mogą przestać być łatwe, a utrata jednej z tych frakcji to utrata pisowskiej większości. I tę dynamikę Konfederacja powinna bacznie obserwować i w odpowiednich momentach zręcznie wykorzystywać. Nie dla prywaty, przywilejów władzy czy podbudowy ego, ale dla realizacji choćby części z najistotniejszych postulatów programowych.

PiSowi nie należy w żaden sposób ulegać. To ugrupowanie cyniczne, które Konfederację samo traktowało w tej kampanii jako głównego wroga. Wściekłe ataki, wykorzystywanie goebbelsowskich propagandystów z TVPiS do jawnych kłamstw na temat Konfederacji w tej, ale i w wiosennej kampanii wyborczej, fakenewsy o prorosyskości czy pomijanie wyników sondażowych, narracja o rzekomo „zmarnowanym głosie” – wszystko to, obok zupełnie odmiennego programu (socjalizm PiS wobec wolnego rynku Konfederacji; uległa polityka zagraniczna PiS wobec suwerennej proponowanej przez Konfederację) pokazują, że należy zachować od tej partii dystans. Co nie znaczy, że spoufalanie się z lewicową opozycją byłoby lepszym pomysłem.

Największym wstydem polskiej polityki jest wejście do sejmu ugrupowań jawnie gloryfikujących komunizm. I obok kontrowania nierozsądnych posunięć PiS oraz szachowania tej partii w celu przeprowadzenia korzystnych zmian legislacyjnych – to właśnie zwalczanie marksizmu Lewicy (oraz przynajmniej lewego skrzydła PO-KO) będzie najważniejszym zadaniem posłów Konfederacji. Lewica nie będzie mieć bezpośredniego wpływu na władzę w tej kadencji, ale ryzyko promowania niegodnych haseł czy to w sferze praw człowieka (pomysły legalizacji zabijania dzieci do 12. tygodnia bez ograniczeń; rozszerzenie seksistowskiej instytucji „parytetów” na kolejne dziedziny życia; ingerencja w prawa rodziny) czy wolności gospodarczych (przypomnijmy marksistowski postulat 75% PIT proponowany przez Razem) czy wreszcie spraw kultury i światopoglądu jest ogromne. Każdy wybryk komunistów (również tych udających socjaldemokratów) musi spotykać się ze stanowczą reakcją Konfederacji. Bez tego ryzykujemy, że za 4 kolejne lata osoby pokroju Adriana Zandberga czy Joanny Senyszyn naprawdę będą współrządzić. Konfederacja musi wykorzystać najbliższą kadencję także na promocję pozytywnego przekazu: idee wolnościowe nie mogą pozostawać niszowe, a normalność musi się stać mainsteamem.

Przed 11 posłami, ale i przed wszystkimi osobami, którym patriotyzm i wolność są bliskie jest ogromne i ciężkie zadanie. Podołają? Podołamy? Oby!

=======

Potraktujmy ten artykuł jako oficjalny start nowego portalu bartyzel.media! Stronę założyłem jakiś czas temu, wrzucając na nią swoją publicystykę z innych kanałów, tak by nie reklamować wam „pustej” witryny. To jednak pierwszy tekst publicystyczny, który piszę jako dedykowany dla tej właśnie witryny. Od dziś będzie to główne miejsce mojej publicystyki. Oczywiście, wszystkie kanały social media (w tym fanpage na Facebooku z ponad 21 tysiącami fanów – główny kanał dystrybucji Liberalnej Niedzieli; rozwijany przeze mnie kanał na Youtube; konto na Twitterze które osiąga już przyzwoite zasięgi, Minds, Wykop) będą z nią zintegrowane. Wszystkie media od teraz będą sygnowane jednak marką bartyzel.media i cała moja publicystyka będzie publikowane na tejże stronie. Dodajcie do ulubionych 🙂

Wywiad – Centrum Edukacyjne Powiśle

Polecam Waszej uwadze wywiad ze mną dla Centrum Edukacyjnego Powiśle przeprowadzony jeszcze w trakcie wieczoru wyborczego Konfederacji 13. października. Na gorąco komentowałem wynik, wtedy jeszcze sondażowy Konfederacji i odnosiłem się do najważniejszych postulatów.

A już w najbliższych dniach opublikuję pełną analizę wyników wyborczych i perspektyw środowisk wolnościowych na przyszłość.