Głąbka czy pani głąb?

„Gościnia” z Razem poprawiła się, że jednak była „gością”. Nazywane posłami panie wybrane z list Lewicy być nie chcą. Wolą posłankami – co w mowie potocznej nawet się przyjęło, ale funkcja oficjalna tak się nie nazywa. Czy więc zrezygnują z mandatu posła? Ale gwałty na języku polskim dokonywane są przez feministki coraz brutalniej. O ile oczywiście niektóre z tych żeńskich odpowiedników weszły do języka polskiego, inne zaś mają szanse wejść w jakiejś nieokreślonej przyszłości, o tyle postępy postępu w feministycznej nowomowie coraz częściej wywołują tylko zażenowanie.

Lewicowa polityk jako „gościnia”…

Tytuły urzędowe są świetnymi przykładami sztuczności takich tworów. Określenie „minister” czy „premier” dotyczy oczywiście zarówno mężczyzny jak i kobiety, ale niektórym te zaszczytne funkcje wydają się zaszczytne trochę za mało. I tu zaczyna się problem. „Ministra” albo „premiera” – tak, te słowa istnieją. Jako dopełniacz. No, „premiera” w mianowniku też ujdzie, ale nie w rządzie, a w teatrze albo kinie. Może więc „ministerka” czy „premierka”? Już samo brzmienie tych słów wskazuje raczej na „urzędy”, które moglibyśmy tworzyć na niby, gdyby lekcje WOSu odbywały się w przedszkolu. W gimnazjum czy liceum do nastolatek tak zwracać się nie wypada.

… a później nawet jako „gościa”. Źródło obu screenów: https://twitter.com/MagdaBiejat

O ile „ministry” i „ministerki” brzmią po prostu niepoważnie, problem zaczyna się tam, gdzie feministkom psikusa sprawia fonetyka. Już parę miesięcy temu cała Polska śmiała się feministycznego dodatku do i tak lewicowej Gazety Wyborczej p.t. „Wysokie obcasy”, który to dodatek w jakimś plebiscycie podpisywał nominowane jako „filolożki” i „chirurżki”. Ostatnie dni natomiast przyniosły nawet ciekawsze twory. Miałem okazję przeczytać o „architektkce”. Czy osoba, której przyszło na myśl stworzyć to słowo i się tak podpisać zadała sobie trud, by wypowiedzieć swoje dzieło na głos?

Czego feministki próbujące narzucić za wszelką cenę nieistniejące słowa z żeńskimi końcówkami nie wiedzą o języku polskim? Rzeczownik w języku polskim, w odróżnieniu od np. przymiotnika, nie odmienia się przez rodzaje, tylko rodzaj ma. Odmienia się przez przypadki i liczby. Oczywiście, istnieją rzeczowniki występujące zarówno w rodzaju męskim jak i żeńskim, często związane właśnie z zawodami czy funkcjami. Nie oznacza to natomiast, że każdy rzeczownik oznaczający zawód możemy „odmienić” przez rodzaj. W jakich wypadkach istnieją, determinowane było kulturowo. Nauczyciel i nauczycielka istnieją w języku polskim, może dlatego, że historycznie zarówno kobiety jak i mężczyźni wykonywali ten zawód. Brak jednak formy żeńskiej (czy niekiedy też męskiej) nie oznacza jednakże, iż odpowiednio kobieta czy mężczyzna nie może takiego zawodu wykonywać. Oznacza jedynie, że takie słowo nie wykształciło się w języku – i żadna inżynieria językowa nie jest konieczna, by zapewnić pełną równość praw dostępu do danego zawodu czy funkcji.

Język jest oczywiście żywy i możliwe, że nieistniejące dziś formy żeńskie (albo męskie) w przyszłości zaczną być używane. Albo przestaną – to akurat odpowiedź na przywoływany często przez lewicę argument, jak to w czasach przedwojennych liczniejsze formy żeńskie występowały. Zdecyduje jednak o tym przydatność językowa takich form i powszechne użycie, a nie narzucana i sztucznie promowana ideologia feministyczna. Zresztą, czy w imię równouprawnienia płci, chyba przez nikogo dziś niekwestionowanego, warto skupiać się właśnie na podkreślaniu przez język różnic między płciami? Czy „architektka” ma być lepsza w swoim fachu albo gorsza od architekta, a „gościę” winno się lepiej ugościć niż gościa?

PS. Swój skromny wkład w to dyskutowane w ostatnim czasie słowotwórstwo mam. Jak w każdym małżeństwie, wiadomo, zdarzało mi się posprzeczać z żoną. „Ty głąbie” usłyszałem. „Co, głąbko?” zapytałem. Tyle że my tak dla jaj – w końcu się kochamy.

Jedna odpowiedź do “Głąbka czy pani głąb?”

  1. Panie Jacku, ma Pan świętą rację. Mnie też to szaleństwo słowotwórcze dobija. Kiedyś używało się określeń „pan” i „pani”, więc nie było problemów z funkcjami. W przedwojennym kinie pani minister tańczyła i komu to przeszkadzało? Był też pan doktor i pani doktor, która tym się różniła od pani doktorowej, że, jak mawiano, zarobiła na swój tytuł głową… Skoro jednak uznamy, że można sobie tworzyć dowolne językowe potworki na siłę, to właściwie dlaczego mam mówić „posłanka” a nie „poślica” ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *