Wstąpiłem do partii KORWiN

Szanowni Państwo! Zdecydowałem się przystąpić do partii KORWiN. Sprawa jest jasna: polska prawica zjednoczyła się wokół Konfederacji, a jej wolnościowym skrzydłem jest właśnie Partia KORWiN. Dlatego dla mnie jako wolnościowca to naturalny krok.

Wpłacam na akcję „Mur(al)em za Łupaszką!”

Polonofobiczni radni Białegostoku zhańbili swoje miasto likwidując ul. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, uzasadniając swoją decyzję kłamstwami powtarzanymi za komunistyczną propagandą. W takiej sytuacji warto wesprzeć inicjatywę, jaka się właśnie pojawiła, by pamięć o bohaterze antykomunistycznego podziemia uczcić w Białymstoku muralem. Ja właśnie wpłacam na kilka puszek farby, wpłaćcie i Wy!

https://zrzutka.pl/muralemzalupaszka

Mur(al)em za Łupaszką!

140 tysięcy dzieci zabitych, odkąd wyszedłem z kina. Recenzja filmu „Nieplanowane”

Tak już mam, że kino traktuję przede wszystkim jako rozrywkę. Wygodny dresik jest dla mnie preferowany nad strój wyjściowy (wiadomo, kino to nie teatr, więc o szczególnym szacunku dla aktorów myśleć nie trzeba), cola, popcorn – to standard, nawet gdy idę na co poważniejszy film. Idąc na „Nieplanowane” wiedziałem, że to nie będzie przyjemny film, raczej smutny i na drażliwy temat. Z kupna popcornu jednak nie zrezygnowałem, z przyzwyczajenia. Tyle że byłem w stanie go jeść tylko póki trwały reklamy i zwiastuny. Później, już nie przechodził przez gardło.

Zwiastun filmu „Nieplanowane”

Modlitwa nad beczką ze zwłokami

Jako trzydziestotrzyletni mężczyzna, w dodatku niewierzący, emocje pewnie powinienem umieć trzymać na wodzy. A jednak nie byłem w stanie powtrzymać łez oglądając chyba najbardziej przygnębiającą scenę tego filmu gdy młodzi chrześcijanie z ruchu pro-life stojąc pod płotem „kliniki” aborcyjnej prosili kierowcę ciężarówki odbierającej odpady medyczne, by pozwolił im się przez chwilę pomodlić nad beczkami w których znajdowały się zwłoki abortowanych dzieci. Dzieci nie tylko zamordowanych, ale odartych z godności osoby ludzkiej, przemielonych i przeznaczonych do utylizacji niczym zwłoki ofiar hitlerowskich obozów zagłady.

Kadr z filmu, cyt. za: https://www.christianpost.com/news/unplanned-birthed-faithful-prayer-40-days-for-life-founder.html

A jednak, mimo że pozytywni bohaterowie tego filmu to osoby wierzące, nie miałem wrażenia, by film starał się widza na siłę ewangelizować. Historia skupia się na dzieciach, którym przemysł aborcyjny odmawia człowieczeństwa i kobietach, którym propaganda aborcjonistów próbuje wmówić, że ich dziecko to „zlepek komórek”, który jeszcze nie jest człowiekiem. To może i jednak nowa perspektywa. Klientki „kliniki” to w większości przypadków (z wyjątkami, jak kobieta, która przychodzi zabić swoje dziecko w towarzystwie już narodzonej, kilkuletniej córki) osoby niedziałające w złej wierze, pełne wątpliwości, często poddawane presji ze strony bliskich by usunąć niechciany „problem”. I tak widzimy ojca przyprowadzającego córkę, by ta zabiła swoje dziecko. Dziewczyna waha się, widać że nie chce, ale dyrektor „kliniki” mówi jej, że to w porządku, że nic złego się nie stanie. Szybko dokonuje się płatność, po czym dziecko jest zabijane. Pojawiają się komplikacje, zagrażające życiu krwawienie młodej dziewczyny. Dyrekcja kliniki nakazuje jednak nie wzywać karetki, bo jej pojawienie się rozdrażniłoby ponoć protestujących pro-liferów przed wejściem. Po odratowaniu dziewczyny (ale oczywiście nie jej dziecka) wszyscy udają, że był to rutynowy zabieg.

Obozy zagłady Planned Parenthood

Ten film nie tylko przedstawia życie Abby Johnson – postaci autentycznej, która faktycznie była aborcyjną aktywistką, a później dyrektorem jednego z obozów zagłady (tzw. „kliniki aborcyjnej”), nieświadomej przez długi czas zła które czyni. Nie tylko przedstawia życie osoby, która współuczestniczyła w zamordowaniu 22 tysięcy dzieci kierując tą placówką, a sama zabiła dwoje własnych, zanim zrozumiała co czyni, przeszła wewnętrzną przemianę i żałowała swojej dotychczasowej „kariery”, aż wreszcie zaczęła bronić życia nienarodzonych. Film pokazuje jednocześnie proceder jakim kieruje się najbardziej zbrodnicza organizacja w dziejach Stanów Zjednoczonych, a może i świata. Planned Parenthood, korporacja (choć zarejestrowana jako NGO), której podstawowy biznes polega na zabijaniu dzieci nienarodzonych, korzysta z gigantycznego wsparcia przedsiębiorstw i lewicowych polityków, a także – za kadencji co bardziej lewicowych prezydentów – z funduszy publicznych, jednocześnie handlując śmiercią za pomocą agresywnego marketingu. W samym tylko zeszłym roku Planned Parenthood zamordowało ponad 330 tysięcy amerykańskich dzieci, czyli niewiele mniej niż liczy populacja miasta Honolulu na Hawajach. Jest to jednocześnie ponad połowa liczby ofiar całego amerykańskiego przemysłu aborcyjnego. W filmie słyszymy porównanie, czym dla Planned Parenthood jest zabijanie. Tak jak sieci fast food mają niskie marże na sprzedaży hamburgerów i wysokie na frytkach i napojach, tak „produktem” o niskiej marży jest dla nich antykoncepcja i edukacja seksualna, a tym o marży najwyższej, a więc najbardziej dochodowej – aborcja.

Główna strona organizacji Planned Parenthood i wyszukiwarka aborcyjnych obozów zagłady w USA

Kulisy zbrodni

„Nieplanowane” obnaża kulisy kilku metod aborcyjnych zbrodni. Główna bohaterka jedno ze swoich dzieci zabiła chirurgicznie, drugie farmakologicznie (z użyciem pigułki RU-486, co skończyło się u niej poważnymi powikłaniami). Obserwacja zabójstwa dziecka dokonanego u innej „pacjentki” metodą odsysania jest jednak dla niej szokiem. W filmie opowiedziane są też, choć bez tak realistycznych szczegółów jakie znamy z dokumentu „Niemy krzyk” czy wizualizacji, najbardziej brutalna, chiruriczna aborcja dziecka, którego ciało jest rozrywane i wyciągane po kawałku i wreszcie aborcja późna, polegająca na uśmierceniu niemal zdolnego do samodzielnego życia dziecka i wywołaniu porodu już zabitego.

„Nieplanowane” to film niełatwy, ale przemawiający do wyobraźni. Obnaża kłamstwa propagatorów aborcyjnego przemysłu, manipulacje, fakenewsy przedstawiane jako wiedzę objawioną. Życie ludzkie pokazywane jest takim, jakim jest, ale wizja ta kontrastuje z zaklęciami aborcjonistów mającymi na celu zagłuszyć sumienie. A zaklęcia te słyszymy nawet w Polsce, gdzie aborcje są relatywnie rzadkie, co dopiero powiedzieć o USA, gdzie ginie ponad 600 tysięcy dzieci rocznie.

Propaganda aborcjonistów jest wszechobecna tak jak wszechobecna była antysemicka propaganda nazistów w III Rzeszy czy antykapitalistyczna we wszystkich państwach komunistycznych. Lewicowe media pozujące na „naukowe” i „oświecone” przekonują przecież że „aborcja jest OK” i że to „bezpieczna procedura medyczna”, płód to „zlepek komórek”, rozrywane na kawałki dziecko „nic nie czuje” i w ogóle „nie jest jeszcze dzieckiem”. Gdy takie tezy ze strony lewicowego mainstreamu słyszymy na co dzień, wielu z nas przyjmuje je bezrefleksyjnie. Też gdy byłem młodszy, powagi zbrodni aborcji nie czułem. Do dziś mi się wypomina wywiad sprzed kilku lat dla jednego z prawicowych dziennikarzy, gdzie na pytanie o dopuszczalność aborcji odpowiedziałem niejednoznacznie, a i jeszcze parę lat później daleki byłem od stanowczego potępienia agresywnych feministek z Czarnych Protestów. Dopiero bliższe przyjrzenie się sprawie, krytyczna analiza „argumentów” aborcjonistów pozwoliły mi się opowiedzieć jednoznacznie po stronie pro-life. A przecież nie każdy ma czas i ochotę szczegółowo ten temat analizować.

Misja filmu

I tu właśnie jest potencjalnie ta największa rola tego filmu. Porusza – i ma poruszać – tym, że mówi prawdę. O życiu człowieka, o bezbronności ofiar aborcji ale i o tym, jak przemysł aborcyjny manipuluje matkami dla zysku kosztem życia ludzkiego (nie jest to więc zysk wolnorynkowy, którego jako wolnościowiec powinienem bronić), a postkultura i lewicowa ideologia – dla wygody. Popularność tego filmu ma szanse poruszyć sumieniami opinii publicznej, polityków, ale i matek, którym mogłoby przyjść kiedyś do głowy zabić swoje dziecko nie zdając sobie sprawy, że właśnie o zabójstwie tu mówimy. A popularność jest, co daje dużą nadzieję, duża. W kinie, do którego chciałem iść na warszawskim Gocławiu, wszystkie bilety były wyprzedane – najbliższe wolne miejsca znalazłem na Sadybie. Bilety z żoną kupiliśmy, choć i tam sala była praktycznie pełna. I choć zupełnym przypadkiem w fotelu obok mnie okazał się siedzieć znany dziennikarz jednego z prawicowych tygodników, mam nadzieję, że w gronie widzów przy tej ich liczbie byli i będą nie tylko już przekonani, ale także ci, których sumienia ten film dopiero poruszy.

Skrajna aborcjonistyczna lewica swoim zachowaniem pokazuje, że tak może się stać. Ataki ze strony Gazety Wyborczej i dodatku „Wysokie Obcasy” (to ten sam tytuł, w którym wcześniej lansowano hasło „aborcja jest OK”), gdzie autorzy na siłę próbują znaleźć „manipulacje” filmu (w rzeczywistości sami się ich dopuszczając), wreszcie stwierdzenia „oglądaliśmy, byście wy nie musieli” pokazują, że totalitarna lewica po prostu boi się tego filmu. I faktu, że ludzie mogą zrozumieć, że aborcja to morderstwo. Wyjątkowy już prymitywizm „satyrycznej” (cudzysłów, bo to satyra na poziomie poniżej Klaudii Jachiry) stronki AszDziennik (należącej do opiniotwórczego na lewicy NaTemat) żartującego „czy lepszy horror to „Nieplanowane” czy może „Dziecko Rosemary””) pozostawmy bez komentarza.

Ataki skrajnie lewicowego dodatku do Gazety Wyborczej p.t. „Wysokie Obcasy”

Obrzydliwe żarty portalu satyrycznego najniższych lotów

Od wyjścia z kina do napisania tej recenzji minęła już ponad doba. A cały czas myślę o tym filmie. Nie tylko o historii Abby Johnson, ale o problemie, którego dotyka. Liczę w myślach ile dzieci zamordowano na całym świecie tylko od tego czasu. Przy ponad 50 milionach aborcji rocznie daje to już jakieś 140 tysięcy. To tak jakby dziś bomba atomowa spadła na Zieloną Górę. A dzień wcześniej na Rybnik, dzień później na Rudę Śląską albo Bytom. I tak codziennie. I czy można coś zrobić, by powstrzymać tę rzeź? Rzeź, której liczba ofiar przekracza łączną liczbę zabitych przez komunizm i nazizm razem wzięte w mniej jak 3 lata? Nawet gdy piszę tę recenzję, w tym czasie gdzieś na świecie zamordowano kilka, kilkanaście tysięcy kolejnych dzieci. Ich matki też słyszały (i były święcie przekonane), że to nic takiego. A przecież to nie liczby, nie statystyki. To ludzie.

Do czego skłoni mnie ten film? Z pewnością do większego zaangażowania w ruchy obrony życia. W końcu dla mnie, libertarianina, granicę wolności jednostki wyznacza zasada nieagresji, którą to zasadę morderstwo niewinnych dzieci łamie w najbrutalniejszy możliwy sposób. Ale mam nadzieję, że przemówi też do polityków na całym świecie. Koniec przyzwolenia na morderstwa to priorytet numer jeden. Może nasz polski Trybunał Konstytucyjny przestanie chować głowę w piasek wobec aborcji eugenicznej. Może w Stanach Zjednoczonych Sąd Najwyższy uchyli Roe v. Wade. Chiny, w których aborcjoniści zabili więcej ludzi niż Mao – czy tam też jest nadzieja? Może na forum ONZ pomysły, by aborcję uznawać za „prawo człowieka” przestaną być traktowane jak akceptowalna propozycja, a zaczną, tak jak należy, za zbrodnię przeciw ludzkości? Jeden film tego nie zmieni, ale kropla drąży skałę.

„Nieplanowane” to jednak nie jest historia beznadziejna. Przeciwnie, film pomimo przedstawienia najbardziej odrażającej zbrodni z jaką zmaga się ludzkość daje też pozytywne przesłanie. Pokazuje sens działania środowisk pro-life. Wyzywani przez wojujące feministki obrońcy życia nie są tylko krzykaczami, których głos nic nie znaczy. Każda historia uratowanego przed aborcją dziecka tylko dzięki temu, że ktoś stał pod płotem aborcyjnego obozu śmierci i w ostatniej chwili przekonał albo przebłagał matkę, która przyjechała do „kliniki” zabić swoje dziecko, by jednak życie dziecka zdecydowała się ocalić – a może po prostu wymodlił właśnie pod tym płotem – to historia prawdziwego bohaterstwa. I te właśnie historie odnajdziemy nie tylko w tym filmie – odnajdujemy je codziennie na całym świecie wszędzie tam, gdzie proceder aborcyjny trwa.

Idźcie na ten film. Przygotujcie się na oglądanie w milczeniu. Bez popcornu.

Głąbka czy pani głąb?

„Gościnia” z Razem poprawiła się, że jednak była „gością”. Nazywane posłami panie wybrane z list Lewicy być nie chcą. Wolą posłankami – co w mowie potocznej nawet się przyjęło, ale funkcja oficjalna tak się nie nazywa. Czy więc zrezygnują z mandatu posła? Ale gwałty na języku polskim dokonywane są przez feministki coraz brutalniej. O ile oczywiście niektóre z tych żeńskich odpowiedników weszły do języka polskiego, inne zaś mają szanse wejść w jakiejś nieokreślonej przyszłości, o tyle postępy postępu w feministycznej nowomowie coraz częściej wywołują tylko zażenowanie.

Lewicowa polityk jako „gościnia”…

Tytuły urzędowe są świetnymi przykładami sztuczności takich tworów. Określenie „minister” czy „premier” dotyczy oczywiście zarówno mężczyzny jak i kobiety, ale niektórym te zaszczytne funkcje wydają się zaszczytne trochę za mało. I tu zaczyna się problem. „Ministra” albo „premiera” – tak, te słowa istnieją. Jako dopełniacz. No, „premiera” w mianowniku też ujdzie, ale nie w rządzie, a w teatrze albo kinie. Może więc „ministerka” czy „premierka”? Już samo brzmienie tych słów wskazuje raczej na „urzędy”, które moglibyśmy tworzyć na niby, gdyby lekcje WOSu odbywały się w przedszkolu. W gimnazjum czy liceum do nastolatek tak zwracać się nie wypada.

… a później nawet jako „gościa”. Źródło obu screenów: https://twitter.com/MagdaBiejat

O ile „ministry” i „ministerki” brzmią po prostu niepoważnie, problem zaczyna się tam, gdzie feministkom psikusa sprawia fonetyka. Już parę miesięcy temu cała Polska śmiała się feministycznego dodatku do i tak lewicowej Gazety Wyborczej p.t. „Wysokie obcasy”, który to dodatek w jakimś plebiscycie podpisywał nominowane jako „filolożki” i „chirurżki”. Ostatnie dni natomiast przyniosły nawet ciekawsze twory. Miałem okazję przeczytać o „architektkce”. Czy osoba, której przyszło na myśl stworzyć to słowo i się tak podpisać zadała sobie trud, by wypowiedzieć swoje dzieło na głos?

Czego feministki próbujące narzucić za wszelką cenę nieistniejące słowa z żeńskimi końcówkami nie wiedzą o języku polskim? Rzeczownik w języku polskim, w odróżnieniu od np. przymiotnika, nie odmienia się przez rodzaje, tylko rodzaj ma. Odmienia się przez przypadki i liczby. Oczywiście, istnieją rzeczowniki występujące zarówno w rodzaju męskim jak i żeńskim, często związane właśnie z zawodami czy funkcjami. Nie oznacza to natomiast, że każdy rzeczownik oznaczający zawód możemy „odmienić” przez rodzaj. W jakich wypadkach istnieją, determinowane było kulturowo. Nauczyciel i nauczycielka istnieją w języku polskim, może dlatego, że historycznie zarówno kobiety jak i mężczyźni wykonywali ten zawód. Brak jednak formy żeńskiej (czy niekiedy też męskiej) nie oznacza jednakże, iż odpowiednio kobieta czy mężczyzna nie może takiego zawodu wykonywać. Oznacza jedynie, że takie słowo nie wykształciło się w języku – i żadna inżynieria językowa nie jest konieczna, by zapewnić pełną równość praw dostępu do danego zawodu czy funkcji.

Język jest oczywiście żywy i możliwe, że nieistniejące dziś formy żeńskie (albo męskie) w przyszłości zaczną być używane. Albo przestaną – to akurat odpowiedź na przywoływany często przez lewicę argument, jak to w czasach przedwojennych liczniejsze formy żeńskie występowały. Zdecyduje jednak o tym przydatność językowa takich form i powszechne użycie, a nie narzucana i sztucznie promowana ideologia feministyczna. Zresztą, czy w imię równouprawnienia płci, chyba przez nikogo dziś niekwestionowanego, warto skupiać się właśnie na podkreślaniu przez język różnic między płciami? Czy „architektka” ma być lepsza w swoim fachu albo gorsza od architekta, a „gościę” winno się lepiej ugościć niż gościa?

PS. Swój skromny wkład w to dyskutowane w ostatnim czasie słowotwórstwo mam. Jak w każdym małżeństwie, wiadomo, zdarzało mi się posprzeczać z żoną. „Ty głąbie” usłyszałem. „Co, głąbko?” zapytałem. Tyle że my tak dla jaj – w końcu się kochamy.