W oczekiwaniu na nową Margaret Thatcher

Zarząd PLL Lot ugiął się pod żądaniami związkowców. Osoby odpowiedzialne za nielegalny strajk nie tylko nie będą musiały pokryć spowodowanych przez siebie strat, ale co gorsza – powrócą do pracy. Zapłacą za to podatnicy i pasażerowie. Nadzieje, że prezesowi LOT uda się pokonać związkowe patologie niestety okazały się płonne, a na polską Margaret Thatcher jeszcze musimy poczekać.

Jak ze związkami poradziła sobie Żelazna Dama

W latach siedemdziesiątych Wielka Brytania, paraliżowana polityką socjalistyczną laburzystów i dyktaturą związków zawodowych, nazywana była „chorym człowiekiem Europy”[i]. W 1979 roku do władzy doszli torysi, a premierem została Margaret Thatcher. Stopniowo zaczęła ograniczać przywileje związkowe, co oczywiście spotkało się z ostrymi reakcjami potężnych central. Najgorsza sytuacja miała miejsce w sektorze górniczym. Związki chciały powstrzymać konieczną przecież likwidację nierentownych kopalni (skąd my to znamy?) i prywatyzację pozostałych. Posuwały się one do aktów terroru takich jak masowe strajki (zwłaszcza w latach 1984-85) i przymuszanie do udziału w nich tych pracowników, którzy wykazywali się większą moralnością i do strajkujących przyłączyć się nie chcieli. Strajkujący dopuszczali się czynnych, fizycznych napaści na pracujących pracowników i utrudniali im wejście na teren zakładów. Związkowcy myśleli, że uzyskają to, co chcieli – wszelkie wcześniejsze rządy łatwo się uginały pod ich postulatami, uważając, że opinia publiczna je do tego zmusi, a niektóre bardziej lewicowe wręcz ideologicznie ich popierały. Zawsze przecież straty wynikające ze spełnienia żądań związkowców się rozmywały – ponosili je solidarnie wszyscy podatnicy. 10 lat wcześniej strajki górniczych związków obaliły rząd premiera Edwarda Heatha, który już wtedy próbował rozwiązać problemy sprawiane przez nierentowne górnictwo. Margaret Thatcher jednak nie uległa. Państwo stanęło na wysokości zadania co do powstrzymywania przemocy, a tysiące policjantów chroniło pracujących przed agresją związkowców. Rząd ze strajkującymi nie podejmował negocjacji. Mimo że strajki trwały ponad rok, a do górników na krótko przyłączyli się dokerzy, próbując uniemożliwić handel, związkowcy nie uzyskali niczego. Przynoszące straty kopalnie zostały zlikwidowane, kilkanaście pozostałych sprywatyzowano. Dzięki tym działaniom, a także innym wolnorynkowym reformom (także prywatyzacji wielu innych sektorów) gospodarka brytyjska trafiła na tory szybkiego rozwoju. Związki zawodowe nie były już w stanie terroryzować kraju poprzez strajki generalne i ich znaczenie zmalało. Społeczeństwo znacząco się wzbogaciło, a Wielka Brytania, także dzięki masowej partycypacji w procesie prywatyzacji, stało się krajem właścicieli i akcjonariuszy. Dzięki niezłomnej postawie w walce ze związkami Thatcher zyskała przydomek Żelaznej Damy, a jej jedenastoletnie rządy stały się złotym okresem rozwoju gospodarki brytyjskiej.

Strajk w LOT

Związki zawodowe działające w Polskich Liniach Lotniczych wiele razy groziły strajkami. Ich postulaty dotyczą przede wszystkim (jakie zaskoczenie) pieniędzy i przywilejów dla samych związkowców. Chcieli również powrotu do skrajnie nieefektywnego, zniechęcającego do pracy, regulaminu wynagrodzeń sprzed restrukturyzacji sprzed kilku lat. Nie podoba im się także, że linia zatrudnia nie tylko na umowę o pracę, ale i inne typy umów, w szczególności umowy business-to-business. Umowy takie są korzystniejsze zarówno dla LOT jak i pracowników ze względów podatkowych (jak wiemy horrendalne opodatkowanie pracy sprawia, że relacja płacy netto na umowie o pracę jest bardzo niska w stosunku do kosztu pracy) oraz z powodu elastyczności jaką dają obu stronom. Związki zawodowe próbują wmówić, jakoby ich żądania dotyczyły bezpieczeństwa, co jest oczywistą i obiektywną nieprawdą. Przepisy bezpieczeństwa, w tym także te o liczbie godzin jakie można spędzić w powietrzu są regulowane niezależnie od typu umowy między przewoźnikiem a pracownikiem, zleceniobiorcą czy samozatrudnionym. Ewentualna umowa o pracę nie zmienia tu kompletnie nic.

Związkowcy próbowali sparaliżować działanie LOT już kilka miesięcy temu. Wtedy po decyzji sądu zakazującej nielegalnego strajku sytuacja została opanowana. W maju jednak szefowa Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego dopuściła się rozsyłania maili o charakterze gróźb do współpracowników, w których padły słowa: „My zakupiliśmy kilka rac, dwa wozy opancerzone, starą wyrzutnię rakiet, kilka granatów ręcznych i niech każdy weźmie z domu, co po dziadach zostało oraz butlę z benzyną!” LOT słusznie uznał takie stwierdzenia za zagrażające bezpieczeństwu i natychmiast zwolnił działaczkę, zawiadamiając jednocześnie prokuraturę o wydarzeniu stanowiącym zagrożenie dla życia, zdrowia i mienia. Trudno od przewoźnika lotniczego oczekiwać bagatelizowania takich słów.

Jesienią jednak związkowcy ponownie zagrozili strajkiem. Domagali się przywrócenia do pracy swojej szefowej (właśnie tej, która rozsyłała wspomnianego maila!), podwyżek a także… zamienienia umów B2B na umowę o pracę. Strajk rozpoczął się w połowie października. Dalej był nielegalny – nie przeprowadzono wymaganego prawem referendum, nadal obowiązywało sądowe zabezpieczenie, a mimo to związkowcy zdecydowali się na ten akt. Nielegalność zresztą i tak jest tu zarzutem drugorzędnym – trudno sobie bowiem wyobrazić, gdyby nawet legalny (w świetle i tak sprzyjającego związkom, a gnębiącego pracodawców socjalistycznego prawa) można było go usprawiedliwić pod względem etycznym. Dodatkowo, uczestniczący w strajku utrudniali pracę pozostałych pracowników, którzy to głośno krytykowali działalność związkowców i skarżyli się na szykanowanie z ich strony. Początkowo prezes LOT, Rafał Mielczarski, reagował właściwie. 67 uczestników nielegalnego strajku zostało dyscyplinarnie zwolnionych, a za poniesione straty odpowiedzialnym za nie byłym pracownikom zaczęto wystawiać faktury. Straty, jeszcze trudne do ostatecznego podsumowania, były niebagatelne i z pewnością liczone w dziesiątkach milionów złotych. Wynikały one z odwołanych lotów (to nie tylko utrata zysku, ale i konieczność zapewnienia alternatywnych lotów, noclegów i innych praw pasażerów) oraz konieczności charteru samolotów wraz z załogą. Indywidualne faktury dla uczestniczących w nielegalnym strajku pilotów wynosiły po kilkaset tysięcy złotych.

Na tym sytuacja powinna się była zakończyć. Osoby, które zamiast pracować wolały strajkować powinny być zwolnione. Ci, którym nie podoba się typ umowy czy ich warunki mogli poszukać zatrudnienia gdzie indziej, lub też indywidualnie negocjować warunki zatrudnienia z LOT. Sprawcy działań, których wynikiem były straty dla LOTu i pasażerów winni ponieść osobistą odpowiedzialność. Jeśli LOT po zwolnieniu nielegalnie strajkujących czy odejściu osób, z którymi nie mógł uzgodnić warunków zatrudnienia odczuwałby braki kadrowe, powinien przeprowadzić rekrutację na normalnych warunkach rynkowych. Być może w ich wyniku warunki zatrudnienia byłyby znacznie bardziej satysfakcjonujące obie strony.

Niestety, na tym się sprawa nie skończyła. Media zaczęły podsycać działania związkowców. Bulwersująca wizyta polityków Platformy Obywatelskiej (tej samej, która lata temu opowiadała się za redukcją związkowych przywilejów!): Bartosza Arłukowicza i Ewy Kopacz transmitowana była na żywo przez największą stację informacyjną, a sprowadzała się do szczucia pierwszego z tych polityków przeciwko prezesowi LOT i jednoznacznego opowiedzenia się po stronie strajkujących – mimo, że w tle widać było także sprzeciw licznej grupy pracowników przeciwko wobec działań związkowców. Pod presją mediów i szukających sensacji polityków władze LOT podjęły negocjacje ze związkowcami. Okazanie słabości wobec siłowej presji i paraliżowania przedsiębiorstwa nie mogło się dobrze skończyć. W rezultacie negocjacji uczestnicy nielegalnego strajku zostali przywróceni do pracy (włącznie z autorką maili o kupowaniu broni). Zarząd zrezygnował także z ubiegania się o odszkodowania za poniesione straty. Straty w wyniku strajku poniesie więc LOT, a biorąc pod uwagę, że to spółka publiczna – polski podatnik. To oczywiście zachęci do podobnych prób szantażu w przyszłości, czego ofiarami znów staną się pasażerowie i podatnicy.

Rozwiązanie: prywatyzacja, ale nie tylko

Wielu wolnorynkowych komentatorów wskazuje, że sytuację rozwiązałaby prywatyzacja LOTu. Zgadzam się z nimi w zakresie tego, że prywatyzacja jest konieczna, a sam przebieg protestu byłby pewnie złagodzony. Konieczność prywatyzacji wynika z samego faktu, że nie ma żadnego uzasadnienia by państwo zajmowało się lotniczym biznesem. Mogą się z powodzeniem zajmować tym prywatne przedsiębiorstwa nastawione na zysk, bez względu na to czy mają kapitał polski czy zagraniczny. Wewnątrzwspólnotowy rynek lotniczy jest w pełni zliberalizowany i europejscy przewoźnicy mogą świadczyć na nim usługi bez ograniczeń. Pozawspólnotowi przewoźnicy podlegają ograniczeniom, ale też mają mocną obecność na naszym rynku. LOT więc i tak musi się mierzyć z konkurencją i działać wedle reguł rynkowych. Prywatyzacja oznaczałaby więc lepsze zarządzanie firmą, nastawienie na zaspokajanie potrzeb rynku a nie ambicji polityków i na uniknięcie sytuacji „nacjonalizacji strat”. Dodatkowo, wszelkie protesty u prywatnego podmiotu nie miałyby charakteru rozgrywki politycznej wewnątrz PO-PiSu. Wiadomo bowiem, że gdy spółki skarbu państwa kontroluje PiS, wszelkie problemy wykorzysta Platforma – gdyby rządziła Platforma, podobnie problemy podsycałby PiS.

Sama prywatyzacja jednak nie wystarczy. Bezkarność działaczy związkowych wynika w dużej mierze z ustawowych przywilejów tych organizacji. Zwolnienie działaczy związkowych jest niezwykle trudne. Pracodawcy wobec strajków są praktycznie bezradni, a wszelkie sposoby radzenia sobie z szantażami i przemocą są… kryminalizowane przez prawo. Nawet najbardziej absurdalne postulaty związków zawodowych znajdują poparcie inspekcji pracy (przy akompaniamencie socjalistycznych polityków). Problemem jest także bardzo sztywne prawo pracy, które sprawia, że pracodawca nie ma narzędzi dyscyplinowania niesolidnego pracownika. Pracodawcy ponoszą wysokie koszty funkcjonowania central związkowych w swoich placówkach. Na dodatek kult umowy o pracę (mimo że są one mniej korzystne zarówno dla pracodawców jak i pracowników od umów cywilnoprawnych i umów B2B) jest w dużej mierze umocowany w kodeksie pracy, a sama praca poddana horrendalnemu opodatkowaniu. Problem niedostatecznej wolności na rynku pracy szerzej opisywałem w XXIV numerze Liberté!: https://liberte.pl/wolnosc-na-rynku-pracy/

Nowy thatcheryzm

W obliczu socjalistycznego prawa pracy i związkowych przywilejów uważam więc prywatyzację spółek skarbu państwa, w tym LOT, za warunek konieczny, ale niewystarczający dla rozwiązania problemu związkowych patologii. Związkowe roszczenia to zresztą nie tylko problem sektora lotniczego. Związki uniemożliwiają restrukturyzację wielu innych sektorów gospodarki, często o wiele bardziej kosztownych dla podatnika (np. górnictwo). Szkodzą jednak także prywatnym firmom, od wielkich korporacji (np. Amazon) po małe firmy (pamiętamy zadymy w małej sieci restauracji Krowarzywa). Choć sprawę strajku w LOT politycznie teraz próbowała wykorzystać Platforma Obywatelska, to warto zaznaczyć, że ze związkami jeszcze silniejsze powiązania ma PiS, na którym to „Solidarność” wymusiła wprowadzenie chyba najbardziej szkodliwej ustawy w tej kadencji, czyli zakazu handlu w niedziele.

Związków zawodowych nie należy prawnie likwidować – prawo zrzeszania się jest czymś przecież pożądanym. Związki powinny jednak zostać zrównane pod względem uprawnień ze stowarzyszeniami. Tak jak członek Stowarzyszenia Hodowców Kanarków nie ma prawa groźbą czy terrorem przymuszać kogokolwiek do sponsorowania karmy dla jego kanarków, tak związkowiec nie powinien mieć szczególnej ochrony przed zwolnieniem czy roszczenia do ponoszenia kosztów działania związku przez pracodawcę. Likwidacji muszą ulec etaty związkowe i wszelkie inne obowiązki finansowania działalności związków przez pracodawców. Prawo do strajku musi być ograniczone, a uczestniczący w strajkach pracownicy muszą się liczyć z możliwością zwolnienia – można też prawo do strajku po prostu zrównoważyć prawem lock-outu. Konieczna jest radykalna liberalizacja prawa pracy, tak aby pracownicy i pracodawcy mieli pełną swobodę wyboru formy zatrudnienia i mogli łatwo rozwiązywać umowę o pracę bez zbędnej biurokracji i kosztów. Praca powinna stać się korzystniejsza dla pracowników dzięki znaczącemu obniżeniu opodatkowania (do którego oprócz podatku PIT trzeba wliczyć wszelkie składki ZUS, również te, które formalnie są „po stronie pracodawcy”). Należy jednocześnie pozbawić Państwową Inspekcję Pracy kompetencji ingerowania w formy umów zawartych między stronami. Wreszcie, by uniknąć upolityczniania sporów i by zapewnić rynkowe zasady działania przedsiębiorstw, konieczna jest prywatyzacja wszystkich przedsiębiorstw państwowych – tymczasem jak wiemy w tym zakresie sytuacja ulega w ostatnich latach pogorszeniu a nie poprawie.

I być może nie doczekamy się rozwiązania tych problemów, aż nie pojawią się wreszcie w Polsce politycy tej klasy, co Żelazna Dama. Kandydatów na polski odpowiednik Margaret Thatcher póki co nie widać, a szkoda. Polskiej gospodarce potrzebny jest bowiem swoisty „nowy thatcheryzm”, polegający na uzdrowieniu rynku poprzez liberalizację gospodarki i ograniczenie przywilejów związków zawodowych bez względu na ewentualne szczucie ze strony działaczy socjalistycznych czy mediów.

==============================

[i] Termin istniał wcześniej, pierwotnie dotyczył… dziewiętnastowiecznej Turcji (Imperium Osmańskiego), ale określenie na pogrążoną w socjaldemokratycznym marazmie Wielką Brytanię ery przedthatcherowskiej było w powszechnym użyciu

======

Tekst pierwotnie opublikowany 5 listopada 2018 r. na ówczesnym blogu autora na portalu Liberté! Kontekst dotyczył ówczesnych wydarzeń w PLL Lot, natomiast wszelkie uwagi na temat patologii związków zawodowych pozostają aktualne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *